8.03.2012

Opozycja jest kobietą

W niedzielę 11 marca jak co roku odbyło się w magistracie spotkanie pań pod hasłem „Krakowianki 50+”. Tym razem sięgnęłyśmy pamięcią trzydzieści lat wstecz, gdy nasze koleżanki zasługiwały na miano „dziewczyn wywrotowych”. To dzięki nim zmieniła się rzeczywistość. W tamtych czasach, w PRL-u, z okazji 8 marca otrzymywałyśmy różne upominki: paczkę kawy, rajstopy, krem albo goździka. Nie tęsknimy do nich. W niedzielę odśpiewałyśmy „Sto lat”, oddając hołd działaczkom opozycji demokratycznej. Wiwat normalne czasy!

 

Po wypiciu południowej małej czarnej, przywitaniu się i pozowaniu do wspólnego zdjęcia, na którym uwiecznione zostały wszystkie uczestniczki spotkania, rozpoczęłyśmy konferencję. 

 

Ewa Zając-Goleń 

Historyczka IPN-u, zajmująca się dziejami opozycji w PRL w latach 70. i 80. oraz metodami pracy Służby Bezpieczeństwa przypomniała, że w PRL-u kobiety czynnie uczestniczyły w działalności niepodległościowej. W początkowym okresie istnienia „ludowej” Polski, kiedy za udział w konspiracji antykomunistycznej groziły wysokie wyroki więzienia, a nawet kara śmierci, w latach 1945–1956 w Fordonie, centralnym więzieniu dla kobiet skazanych w czasach terroru stalinowskiego przebywały ich cztery tysiące. Były to członkinie organizacji „dorosłych”, młodzieżowych oraz harcerskich. W czasach, gdy represyjność systemu nieco zelżała, a bezpieka zmieniła metody działania, kobiety przeciwstawiały się polityce wyznaniowej państwa, uczestniczyły w marcowym sprzeciwie w 1968 r., brały udział w strajkach i protestach w grudniu 1970 i na początku roku następnego. To włókniarki z Łodzi ostatecznie zmusiły w lutym 1971 r. Edwarda Gierka do wycofania się z grudniowych podwyżek cen. Kobiety działały w opozycji lat 70., w Solidarności i w podziemiu lat 80. Na mapie tej aktywności szczególne miejsce zajmują kobiety z Krakowa. Wśród dziesięciu osób, które w maju 1977 r. powołały Studencki Komitet Solidarności, były aż cztery kobiety. 

 

Liliana Sonik 

Publicystka, wicedyrektor TVP INFO, prezes stowarzyszenia Instytut Dziedzictwa wspomniała lata 70., gdy garstka studentów wypowiedziała posłuszeństwo władzy, bo z dnia na dzień stawało się coraz bardziej jasne, że ani zawodowych ambicji, ani aspiracji wolnościowych w PRL-u nie da się zrealizować. – Pierwsza rewizja robi na człowieku wrażenie – mówiła Lilka Sonik – pierwsze przesłuchanie również. Lecz gdy funkcjonariusz zagroził, że wyrzuci mnie ze studiów, zrobiło się naprawdę niemiło. Ale się przyzwyczaiłam i nawet 48-godzinny areszt na ohydnej pryczy z prostytutkami stawał się okazją do wywrotowych pogadanek. Gdy w bramie przy Szewskiej znaleziono ciało Staszka Pyjasa, powołaliśmy Studencki Komitet Solidarności. W ten sposób wprowadziliśmy do dyskursu publicznego nowe słowo, świeże i niezgrane przez propagandę. Reżimowa prasa pytała: „Z kim solidarni?”. I odpowiadała, że „z KOR-em”, co miało być dowodem na nasze uzależnienie od „politycznych graczy i zdrajców”. Ja odpowiadałam, że mamy być solidarni z sobą, ponieważ jesteśmy odpowiedzialni za siebie nawzajem i za nasz zbiorowy los. Potem słowo „solidarność” zrobiło wielką międzynarodową karierę. Wywrotowe dziewczyny radziły sobie świetnie i żaden z chłopaków, nawet na mękach nie zeznałby, że nasza rola była pośledniejsza. Bo nie była. 

 

Krystyna Czerni 

Historyk sztuki UJ, laureatka m.in. Nagrody im. Kazimierza Wyki w 2012 r., zastanawiała się, „czego historyk sztuki szuka na barykadzie?”. Do opozycji trafiła z harcerstwa, z duszpasterstwa i z tradycji rodzinnej. – Kiedy jest się córką więźnia łagru, bo mój tata spędził parę lat na Kołymie, w kopalni srebra za kołem podbiegunowym, antykomunizm przychodzi w sposób naturalny, genetycznie. PRL był szary, kartoflany, nijaki, a ludzie opozycji byli „jacyś”: wyraziści, konkretni, pełni wyobraźni i niezwykłej determinacji, żeby coś zmienić. Kontakt z niebanalnymi ludźmi, zakazane, zbójeckie książki, dostęp do niedostępnych informacji, wykłady TKN raptem w zgrzebnym, parcianym PRL-u otwierały niezwykłe, szerokie horyzonty, bez ograniczeń! 

Krystyna Czerni wzruszająco recytowała wiersz Wisławy Szymborskiej „Głos w sprawie pornografii”. Po recytacji powiedziała: „Kocham ten wiersz, bo on właśnie opisuje moją młodość”. 

To w środowisku demokratycznej opozycji Krystyna Czerni nauczyła się zuchwałości planów, podejmowania ryzyka. Nauczyła się, że nawet jeśli nie wszystko jest możliwe, trzeba przynajmniej spróbować, bo czasem istotniejsze są zasady, a wolność – ta wewnętrzna, duchowa, a więc najważniejsza – to w istocie kwestia decyzji, wyboru. Mówiła, że gdyby nie SKS i pomoc przyjaciół z tamtych lat nie miałaby odwagi, aby walczyć o życie syna, nie miałaby tyle determinacji, aby prowadzić jego stronę internetową (www.krzysgraczyk.pl), organizować akcje, aukcje, zawody, pomagać innym. Gdyby nie SKS niewiele zdziałałaby w życiu zawodowym, nie odważyłaby się pracować przez lata w TVP. Wreszcie – gdyby nie pamięć tamtej bezczelności i odwagi, nie porwałaby się już jako dojrzała kobieta na zrealizowanie osobistej pasji – całe życie marzyła, aby śpiewać gospel. 

 

Elżbieta Krawczyk 

ekarka w krakowskim Hospicjum św. Łazarza, Mała Siostra od Jezusa wspominała opozycyjną przygodę w krakowskim SKS-ie pod koniec lat 70. – Czy byłam „dziewczyną wywrotową”? – pytała. – Chyba sama tak bym siebie nie określiła, chociaż ojciec Tomasz Pawłowski, znany w tamtych czasach duszpasterz „Beczki”, nazywał mnie płomieniem rewolucji. Może dlatego że ciągle gdzieś pędziłam z wypchanym „bibułą” plecakiem, a policzki miałam krągłe i czerwone… Nasze „knucie” zaczęliśmy już w duszpasterstwie akademickim, początkowo było to czytanie autorów bezdebitowych. Czy zdawałam sobie sprawę, dokąd mnie to zaprowadzi? Gdy się ma dwadzieścia lat albo niewiele więcej, to jest się popychanym jakąś przemożną siłą do przodu. Przemierzałam więc trasę między Warszawą a Krakowem, wożąc biuletyny, książki. Wierzyłam, że robiliśmy coś ważnego, wartego ryzyka, a jednocześnie nie byliśmy nadmuchani patetycznymi sloganami. To nas po prostu cieszyło. Nie zdziwiłam się jednak, gdy grudniowej nocy mnie zabrali. Więzienne „rekolekcje” i gołdapskie „wczasy” miały jednak bez wątpienia wpływ na mój późniejszy wybór drogi zakonnej. Choć tak jak wielu, tak i mnie samą to zadziwiło. Cóż „płomień rewolucji” przeszedł wewnętrzną przemianę, ale mam nadzieję, iż nadal płonie. 

 

Teresa Starmach 

Radna Sejmiku Wojewódzkiego przypomniała, że była jedną z wielu kobiet pracujących dla NSZZ Solidarność w czasie stanu wojennego. – 13 grudnia 1981 r. byłam członkiem Zarządu Regionu Małopolska NSZZ „S” i wiceprzewodniczącą Komisji Zakładowej Pracowników Oświaty i Wychowania Kraków-Podgórze. Dlatego bardzo wczesnym rankiem 13 grudnia zostałam obudzona przez kolegę, z poleceniem natychmiastowego opuszczenia domu. Przeniosłam się do przyjaciół, później pojechałam pod siedzibę Zarządu Regionu i pamiętam, że wkoło stały samochody milicyjne, a jezdnia usłana była dokumentami. Postanowiłam szukać informacji i pomocy u ojców dominikanów. Po mszy świętej o dziewiątej ojciec Andrzej Kłoczowski spisał nazwiska osób, które zostały wzięte z domu przez milicję. W duszpasterstwie akademickim planowaliśmy utworzyć punkt informacji i pomocy dla rodzin aresztowanych. Nic z tego nie wyszło, bo ojciec Kłoczowski został aresztowany w poniedziałek 14 grudnia. Po szoku pierwszego dnia i braku telefonów udało nam się ze sobą skontaktować. Wierzyliśmy, że komuna nie da nam rady. Strajki w Krakowie skończyły się 16 grudnia po spacyfikowaniu Huty im. Lenina. Pamiętam, że wtedy płakałam rzewnymi łzami. Były to łzy wściekłości, bezsilności i rozpaczy. Ale wtedy płakałam po raz ostatni, bo postanowiliśmy sobie, że oni nas nie złamią. Chociaż najlepsi spośród nas zostali aresztowani, to pozostałym 10 milionom nie mogli dać rady. Trzeba tylko było zejść do podziemia. Tak też się stało i cały okres stanu wojennego oraz następne lata aż do roku 1989 działałam w podziemiu pod pseudonimem Agnieszka. 

 

Dorota Stec-Fus 

Redaktorka „Dziennika Polskiego”, współautorka książki „Dziennik z lat 1981–1985, czyli z zakonspirowanych zapisków solidarnościówki”, sięgając myślami do swej młodości, wskazała moment, który wywarł najdonioślejszy wpływ na jej późniejsze życie. Był to sierpień 1980 r., kiedy powstał NSZZ „Solidarność”. Walka o wolną Polskę zaprzątała jej uwagę już wcześniej, ale czynnie włączyła się w nią w październiku 1980 r. I na wiele lat pochłonęła ją bez reszty. Aż do czasu, kiedy podczas jednego z konspiracyjnych zebrań poznała Andrzeja, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia. Ich ślub okazał się swoistą manifestacją polityczną, bacznie obserwowaną i nagrywaną przez funkcjonariuszy PRL-owskiego aparatu represji. Małżeństwo w niczym nie ograniczyło jej działalności opozycyjnej, ale urodzenie dziecka już tak. – Wielu zadaje mi dzisiaj pytanie: „Czy o taką Polskę walczyłaś?”. Odpowiedź nie jest prosta, ale jedno jest pewne: niczego nie żałuję i wiem, że innego wyboru dokonać nie mogłam. 

 

Mecenas Anna Wojnar-Płeszka 

Wspominała czasy stanu wojennego. Po szokujących i licznych aresztowaniach członków opozycji krakowskie środowisko adwokatów podjęło się niełatwego zadania obrony represjonowanych. Działania krakowskich adwokatów i prawników nie ograniczały się do reprezentowania opozycjonistów przed sądami i kolegiami. Przekazywali oni informacje najbliższym, kolportowali podziemną prasę i podawali w wątpliwość legalność działań władzy komunistycznej. Mimo ciężkich czasów atmosfera między osobami z różnych środowisk była wspaniała. Ludzie bezinteresownie sobie pomagali, a ci, którzy działali w imieniu ciemiężonych obywateli, mieli poczucie celu i dobrze spełnionego obowiązku. 

 

 

 

*** 

– Takie poczucie, podobne do tego, o którym mówiła pani mecenas, miałyśmy w niedzielę wszystkie. Chociaż nasze koleżanki otrzymały niejedno odznaczenie państwowe, to trudno dotrzeć do publikacji opisujących ich działalność. O mężczyznach, owszem, nawet dużo, a o kobietach wzmianki pod koniec artykułu, i to raczej o ich pomocniczej, a nie równoprawnej roli w przewrotowych zmianach. Dobrze, że nam udało się poświęcić im całą naszą konferencję. Wiwat kobiety opozycji! – podsumowuje organizatorka spotkań „Krakowianki 50+” 

 

MARTA PATENA 

Radna Miasta Krakowa

 

Zdjęcia: Barbara Kańska-Bielak

Zobacz materiał źródłowy w formacie pdf: Krakowianki50+2012

 

8.03.2011

Dozwolone od lat 50.

Od trzech lat w jednej z najładniejszych sal w naszym mieście: sali obrad Rady Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa, odbywają się konferencje, w których nie każdy mieszkaniec może wziąć udział. Dlaczego? Po pierwsze trzeba być kobietą, a po drugie trzeba mieć ukończone 50 lat. Wśród tegorocznych uczestniczek jest taka, której PESEL rozpoczyna się od cyfr 610202…

CZYTAJ WIĘCEJ >>>

8.03.2010

Kobiety o salonie

7 marca 2010 roku w niedzielne południe, odbyło się w krakowskim magistracie spotkanie pań „Krakowianki 50+”.

W tegorocznym spotkaniu, podobnie jak w ubiegłym roku, uczestniczyły reprezentantki różnych grup zawodowych i społecznych, przedstawicielki świata nauki, kultury i biznesu, kobiety mediów oraz animatorki życia publicznego. Uroczystość rozpoczęła się wspólnym wypiciem „małej czarnej”, po czym obecność licznie przybyłych pań została uwieczniona na pamiątkowej fotografii. 

CZYTAJ WIĘCEJ >>>

8.03.2009

Krakowianki 50+

Wielkie podziękowania dla wszystkich pań, które przybyły do magistratu w niedzielę 8 marca [2009]. Owacjami na stojąco powitałyśmy panią Olgę Szerauc – 100-letnią mieszkankę Krakowa. Swoją obecnością zaszczyciły nas: Barbara Majchrowska, Elżbieta Penderecka, Zofia Gołubiew, prof. Wiesława Tracz, prof. Marta Wyka, Alina Gołaś, Teresa Starmach, Jadwiga Romańska, prof. Barbara Świątek-Żelazna, Karolina Witek oraz inne szacowne panie.

CZYTAJ WIĘCEJ >>>